22 sierpnia 2016

#MyFirst7Jobs , czyli wspomnienia pierwszych zarobków

Bardzo spodobała mi się blogerska akcja, w której wspomina się swoje pierwsze, płatne zajęcia. Z chęcią odnajdywałam blogi, na których są już opublikowane posty, a ponieważ lubię wracać do wspomnień, sama zdecydowałam się opisać Wam, jak to pierwsze pieniądze trafiały do mojej kieszeni.



1. Zbieranie złomu i mycie samochodu
Było to jeszcze w podstawówce. Razem z koleżanką zebrałyśmy trochę śrubek, zaniosłyśmy do pobliskiego skupu złomu, a za otrzymane tam pieniądze kupowałyśmy oranżady, chrupki i słodycze. Zarobiłyśmy ok. 4-5 zł (te śrubki, podkładki i inne drobiazgi chyba nawet nie były tyle warte, właściciel skupu chyba dawał nam te pieniądze za dobre chęci), czyli dla dzieci chcących kupić Colę bez wiedzy rodziców idealnie. Później,gdy mój tata zmienił pracę i został zawodowym kierowcą, a ja - już jako gimnazjalistka - chciałam większe kieszonkowe, to myłam ciężarówkę, co było dla mnie prawdziwą frajdą. Takie kombinowanie, mimo niewielkich sum, nauczyło mnie, że jak człowiek chce, to zawsze legalnie znajdzie dodatkowe pieniądze.Wówczas jeszcze nie zdawałam sobie z tego sprawy, ale po latach wspomniałam i doceniłam.

2. Hostessa na targach i akcjach promocyjnych, pozowanie do zdjęć
To był już okres studiów. Po maturze zdecydowałam, że nie będę brać kieszonkowego od rodziców. Uważałam, że finansowanie moich zachcianek przez rodziców w czasie studiów byłoby trochę upokarzające, dlatego postanowiłam postarać się o stypendium i dorabiać. Jedną z najprostszych form zarobku okazały się targi i akcje promocyjne oraz pozowanie do zdjęć. Taka praca nauczyła mnie przede wszystkim współpracy z innymi i dobrej organizacji. Dodatkowo to zajęcie bardzo mnie otworzyło na ludzi i pomogło mi spojrzeć inaczej... na siebie, ponieważ wiele zleceń tak naprawdę zawdzięczałam swojej szczupłej sylwetce, która w czasie liceum była niezwykle surowo oceniana i w niemiły sposób komentowana przez innych. Nie ukrywam - to była dla mnie ogromna satysfakcja i przyjemne zaskoczenie, że coś, co kiedyś było przez innych krytykowane, pewnego dnia zostało uznane za atut, na którym jeszcze zarobiłam

3. Korepetycje z języka polskiego
Pieniędzy z akcji na których pracowałam nie było tyle, ile bym chciała. Dlatego na studiach dawałam korepetycje przygotowujące do matury ustnej i/lub pisemnej z języka polskiego. Gdy ja byłam na pierwszym roku studiów, mój ówczesny chłopak kończył technikum, więc moimi pierwszymi uczniami byli jego koledzy z klasy. Później maturzyści z ogłoszenia i osoby, którym zostałam polecona. Na korepetycjach nie zbijałam kokosów, ale w połączeniu z pieniędzmi zarobionymi jako modelka/hostessa i stypendium, a później jeszcze na pisaniu tekstów, suma była całkiem satysfakcjonująca. Korepetycji udzielałam jeszcze 3 lata po studiach. To zajęcie nauczyło mnie, że swoją wiedzę i umiejętności można wykorzystać jako (dodatkowe) źródło zarobku.

4. Dziennikarka
Pierwsze publikacje miałam już w liceum, ale pisać za pieniądze zaczęłam na trzecim roku studiów. Trwało to kilka lat, później była przerwa, po pewnym czasie wróciłam do tego zajęcia. Poza współpracą z redakcjami gazet, zdarzały się teksty na zlecenie agencji PR (w tym jednej, której właściciela poznałam właśnie dzięki pracy w gazecie). Nauczyłam się przede wszystkim... dziennikarstwa i utwierdziłam w przekonaniu, że w życiu chcę zajmować się pisaniem, obojętne, czy miałoby to być główne, czy dodatkowe źródło dochodu.

5. Urzędniczka
Po ukończeniu polonistyki, ale studiując jeszcze administrację, dostałam półroczny staż w Urzędzie Miejskim, a następnie przez 3 miesiące kontynuowałam tam pracę w ramach innego programu. Pracowałam w Wydziale Spraw Obywatelskich (najpierw w Referacie Ewidencji Ludności, gdzie zajmowałam się sprawami wojskowymi, a następnie w Referacie Działalności Gospodarczej, a konkretnie w dziale odpowiadającym za wydawanie zezwoleń na sprzedaż napojów alkoholowych), na jakiś czas "pożyczył" sobie mnie także Wydział Windykacji. Doświadczenia z akcji promocyjnych i gazet okazały się bardzo przydatne, a dodatkowo nauczyłam się: wszystkich ustaw związanych z działalnością urzędów, a szczególnie mojego wydziału; tego, co pracownik biurowy umieć powinien; rzeczy, o których nie mówi się w szkole, a podczas załatwiania spraw urzędowych mogą okazać się przydatne. Później kilka razy realizowałam dla UM zadania w ramach zlecenia.

6. Przewodnik wycieczki
Nie była to typowa praca, ale czuję potrzebę opisania tego przypadku.Moim zadaniem było zajęcie się gośćmi, którzy przyjechali na Sylwestra do Srebrnej Góry. Spotykałam się wtedy z chłopakiem, który pochodził z Dolnego Śląska i spędzaliśmy czas po świętach i Sylwestra w jego rodzinnych stronach. On pracował tam okazjonalnie jako przewodnik i poprosił mnie o pomoc, a za swoją pracę otrzymałam skromne wynagrodzenie. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że ja - podobnie jak większość grupy - byłam w tej miejscowości pierwszy raz w życiu. Gości trzeba było czymś zająć, więc na poczekaniu wymyśliłam durne, mrożące krew w żyłach historie, które rzekomo rozgrywały się w tym mieście i na twierdzy. Grupa miała zajęcie, a ja pieniądze. A to, że tak naprawdę nikt nie zamurował się w komnacie z miłości, ani nie został zamieniony w kamień za rozprucie kilku gospodarzy, to już inna historia. Ten przypadek przypomniał mi, że czasem trzeba pokombinować, no i nauczył rozbudzania na poczekaniu wyobraźni. ;)

7. Specjalista ds.handlowych
Na ten temat mam tyle do powiedzenia, że chyba powinien powstać oddzielny wpis. To miała być praca biurowa. Jak się okazało - była, bo odbywała się w biurze. Na miejscu okazało się, że to telemarketing, a że ja pilnie poszukiwałam pracy, zdecydowałam się. Cel pracy brzmiał szczytnie - pracownik otrzymywał pod swoją "opiekę" szkołę/ przedszkole/ dom dziecka i dla tej instytucji przeprowadzał akcję zbiórki pieniędzy na doposażenie. Następnie otrzymywało się listę firm działających na terenie danej gminy czy powiatu i należało dzwonić i szukać sponsorów. My wystawialiśmy faktury i braliśmy kasę, a następnie kupowaliśmy obiecane placówce produkty. Niestety praca ta kosztowała mnie bardzo wiele nerwów. W czasie pracy wyliczano nam ile razy robimy sobie picie i wychodzimy do toalety. Każdego dnia rano odbywały się - moim zdaniem durne i pozbawione jakiegokolwiek związku z rzeczywistością - szkolenia motywacyjne, polegające na odgrywaniu scenek sprzedażowych. Co jakiś czas każdy pracownik miał indywidualną pogadankę z szefową na temat swoich wiecznie marnych efektów pracy. Z wolnym też zawsze jakiś problem, nawet jeśli chodziło o zdrowie. Wyjątkowo zapadła mi w pamięć sytuacja, gdy poprosiłam o przynajmniej jeden wolny dzień, ponieważ miałam umówiony zabieg usunięcia ósemki. Usłyszałam, że: 1) wydziwiam (nie, nie wydziwiałam. Ósemka nie mogła znaleźć sobie miejsca i wrastała w policzek, a takie zęby się usuwa), 2) celowo wybrałam na porę zabiegu godziny pracy, żeby do niej nie przyjść (nie, nie wybrałam ich celowo. Przychodnie z reguły świadczą usługi na NFZ w tych godzinach, w których ludzie pracują), 3) że.... ósemkę mogliby mi usunąć w sumie z samego rana, bo to trwa chwilę, a nie cały dzień, a później mogłabym przyjść do pracy (jeśli ktoś z Was miał kiedyś usuwaną ósemkę lub w ogóle zęba, to najlepiej wie, co z tą sugestią ze strony firmy było nie tak). Finalnie wzięłam dzień wolnego, ósemkę usunęłam, następnego dnia do przyszłam do pracy mimo niezagojonego miejsca po zębie, w efekcie czego zrobił mi się suchy zębodół, a przez dwa dni prowadziłam rozmowy telefoniczne na zmianę faszerując się lekami przeciwbólowymi i plując krwią, do tego zadawano mi jeszcze pytanie.... dlaczego nie mam uśmiechu na twarzy, gdy rozmawiam przez telefon. Pracownik niewiele się liczył, nic tylko kasa, kasa, kasa. Gdyby przeanalizować to, co wyprawiało się w tej firmie i porównać z Kodeksem Pracy, można napisać elaborat na temat niespójności. Stosowano - moim zdaniem - żałosne sztuczki psychologiczne, mające zmotywować ludzi do lepszych efektów pracy, jednocześnie obniżając samoocenę, gdy coś idzie nie tak, jak firma sobie tego życzy. Ale nie rozumiano tam jednej, podstawowej zasady - że z pustego nawet Salomon nie naleje, co skutkowało frustracją ludzi pracujących tam dłużej lub zawrotna rotacją pracujących krócej (średnio co 3 dni miałam kilku nowych współpracowników w pokoju). Współpraca z tą firmą naprawdę fatalnie odbijała się na moim samopoczuciu, aż wreszcie stwierdziłam, że sprawy zaszły za daleko, a ja nie pozwolę sobie na takie traktowanie mojej osoby. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności otrzymałam propozycję zlecenia z Urzędu Miejskiego, a tuż po nim - pracy w firmie, w której pracuję do dziś. Ten akapit trochę brzmi jak użalanie się, jednak wolałabym, by został odebrany przez niektórych jako przestroga. Nikt nie ma prawa Was obrażać i obniżać Waszej oceny. Mnie ta praca - wbrew pozorom - nauczyła bardzo ważnych rzeczy: 1. Warto oszczędzać na czarną godzinę, żeby w trudnej sytuacji mieć zabezpieczenie finansowe do czasu znalezienia nowego zajęcia. Byle tylko już nie musieć tak (a konkretnie: tam) pracować. Serio, gdybym teraz  została bez pracy, to zanim znalazłabym coś związanego z moim wykształceniem i dotychczasowym doświadczeniem, to wolałabym pracować na stoisku z wyciskanymi sokami w galerii, niż w jakiejkolwiek firmie telemarketingowej. 2. Jak podejmować jakieś zajęcie, to tylko umowa o pracę, bo wtedy łatwiej walczyć o swoje prawa. 3. Oferty pracy trzeba naprawdę bardzo krytycznie przeglądać, a wszelkie wątpliwości rozwiewać jeszcze przed spotkaniem z osobą rekrutującą. Jeśli ktoś nie chce mi udzielić telefonicznie informacji nt. formy zatrudnienia i orientacyjnego wynagrodzenia - ja dziękuję za spotkanie i dalszy udział w rekrutacji.

A obecnie pracuję w firmie świadczącej usługi wydawnicze i poligraficzne, gdzie odpowiadam za sekretariat firmy i redakcji gazety oraz dział reklam i ogłoszeń (współdzielę go z koleżanką), dodatkowo też piszę. Każda praca ma swoje wady i zalety, ale gdy mam naprawdę bardzo zły dzień, wtedy przypominam sobie to, co opisałam Wam w punkcie 7.



Wszytko, czym do tej pory się zajmowałam, niewątpliwie nauczyło mnie gospodarowania pieniędzmi niezależnie od tego, ile zarabiam oraz udowodniło, że pieniądze zawsze się znajdą. Nie chciałabym wygłaszać tutaj coachingowych referatów, bo nie czuję się żadnym guru przedsiębiorczości czy autorytetem, a wielokrotnie przekonałam się, że - szczególnie w mniejszych i średnich miejscowościach - na naprawdę dobrych stanowiskach (lub w pozyskiwaniu zleceń, w przypadku osób prowadzących działalność) ponad kompetencje liczą się inne czynniki, sami domyślacie się jakie. ;) 

Były też zajęcia, które wykonywałam za darmo - obowiązkowe praktyki w szkole, wolontariat w świetlicy czy pisanie artykułów dla różnych portali zanim zaczęłam to robić za pieniądze. O ile na pracę w szkole nie mogę na ten moment liczyć, o tyle te pierwsze doświadczenia dziennikarskie pomogły mi w znalezieniu płatnych zleceń.

Są też rzeczy, których żałuję. Żałuję, że podczas studiów nie szukałam praktyk po różnych firmach, czy urzędach (w działach związanych z PR lub w administracji), bo być może one otworzyłyby mi później drogę do innej pracy i nie musiałabym robić tego, o czym pisałam Wam w punkcie 7. Jeśli nie praktyki w firmach i urzędach, to nic nie stało na przeszkodzie zagranicznych wyjazdów do pracy, a jednak tego nie robiłam, choć mogło to dać mi dodatkowy zastrzyk gotówki i coś o wiele cenniejszego - podniesienie moich kompetencji językowych.

39 komentarzy:

  1. Okazałe CV noc tylko sukcesów życzę

    http://blog.mpiserwis.pl

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo ciekawy i przydatny dla laików post ;)
    Pozdrawiam i zapraszam do mnie!
    Aleksandra K.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli komuś się przyda, to bardzo się cieszę. Mnie, w każdym razie, miło się wspominało. ;)

      Usuń
  3. Sporo masz już doświadczenia, ale związanego z pracą nr 7 nie zazdroszczę. Niestety niektórzy wychodzą z założenia, że musisz pracować jak robot, a te durne szkolenia...wiem coś o tym.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Durne szkolenia mają to do siebie, że nie bazują na realiach, tylko na wyobrażeniach szefa bądź lidera zespołu. Pracy nr 7 to nawet domownicy mi nie zazdrościli :D

      Usuń
  4. Świetny zbiór doświadczeń tylko pozazdrościć i pogratulować. :) Życzę, abyś teraz była w pełni zadowolona i niech przynosi Ci to wiele sukcesów. :) Pozdrowienia. http://olamabloga24.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo prawilny wpis ;) W naszych realiach pieniądze zawsze da się jakoś zarobić. A gdy praca ssie niczym radziecki odkurzacz (jak w Twoim przykładzie #7), nie należy się długo zastanawiać. Mi się w życiu zdarzyło pracować w piętnastu różnych firmach (w kraju i za granicą) i już dawno odkryłem, że nie warto sobie wypruwać żył dla pracodawcy, który nie potrafi tego docenić. Ani w pracy, która nie daje frajdy. O.

    OdpowiedzUsuń
  6. Bardzo ciekawy artykuł !

    OdpowiedzUsuń
  7. Świetne doświadczenia. Nawet te kiepskie wspomnienia, jak sama piszesz, wiele Cię nauczyły, a więc się przydały :) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba te kiepskie doświadczenia najwięcej nas uczą.

      Usuń
  8. Z pewnością z każdego z doświadczeń jakie w ramach akcji mamy sobie okazje przypomnieć coś wynieśliśmy. Dlatego im więcej historii tym bardziej widać, że pragniemy i szukamy czegoś więcej :) Zapraszam do siebie na #myfirst7jobs

    OdpowiedzUsuń
  9. Moja lista jest duuuuużo krótsza ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znam osoby starsze ode mnie, które na swojej liście mają tylko jedną firmę w której pracują od zakończenia szkoły do dziś :)

      Usuń
  10. Dzieci sprzedające śrubki na złom mnie rozczuliły ;)
    Ale przewodnik po Srebrnej Górze zdecydowanie wymiata :D Swoją drogą - pochodzę z DŚ, w Srebrnej Górze bywałam na wycieczkach, a wątpię, żebym rozpoznała, że jakaś historia jest zmyślona. Jedyne, co mi się gdzieś błąka w pamięci, to jakaś Kunegunda... o ile mi się wycieczki nie pomyliły ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja w Srebrnej Górze byłam tylko raz, ten jedyny raz, co miałam zająć się ludźmi :D Bardzo ładne miasteczko, chciałabym odwiedzić je wiosną lub latem, bo widoki muszą być jeszcze piękniejsze niż zimą.

      Usuń
  11. Sama lubię czytać takie wpisy innych blogów. Powoli zastanawiam się, by i u mnie pojawił się post o moich pierwszych pracach...:)

    OdpowiedzUsuń
  12. Moich pierwszych kilka prac to była kelnerka/barmanka ;) Ale za to w wielu różnych miejscach!

    Pozdrowionka,
    Smiley
    https://www.facebook.com/SmileyProjectPL/v

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Swojego czasu bardzo kręcił mnie zawód kelnerki. :D

      Usuń
  13. Też żałuję, że w czasie studiów nie byłam na żądnych praktykach (poza obowiązkowymi). Wtedy wydawało mi się to bezsensowne, żeby pracować z free. Mam nadzieję, że moje dziecko nie popełni mojego błędu. Będę Je do tego motywować, jak będzie odpowiednim wieku:)

    OdpowiedzUsuń
  14. Widzę, że sporo tego było. Zazdroszczę doświadczeń. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  15. Moją pierwszą pracą była praca na recepcji w salonie fryzjerskim. Spotkałam tam fajnych ludzi, ale praca sama w sobie była średnia. Pracowałam właściwie codziennie (co drugi weekend wolny, a wtedy byłam na uczelni od rana do wieczora). Poza tym dojeżdżałam kawał drogi (ok. 40 minut). Niemniej jednak wspominam to z łezką w oku :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najważniejsze, że pracowałaś z fajnymi ludźmi, bo to oni robią całą atmosferę w pracy.

      Usuń
  16. Super, że byłaś dziennikarką - taki warsztat przyda się każdemu blogerowi:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dalej zajmuję się dziennikarstwem, ale w mniejszym stopniu niż kiedyś.

      Usuń
  17. Z pozoru zupełnie różne prace, awszystko się w życiu przydaje :)

    OdpowiedzUsuń
  18. ooo nie słyszałam o tej akcji. Ciekawie jest przeanalizować swoją ścieżkę kariery i sprawdzić jak bardzo ewoluowała ;)

    OdpowiedzUsuń
  19. O matko moja pierwsza praca oczywiście to co wszyscy czyli promocje tzw hostessowanie :) acz pierwsze pieniądze zarabiałam z dziadkiem jeszcze nie chodząc do szkoły :) sprzedawaliśmy razem róże :) ja byłam asystentką dziadka :)
    A dziennikarstwo to moje marzenie na stałe :) Póki co prócz bloga piszę do magazynu NIuansse :)

    OdpowiedzUsuń