17 czerwca 2015

Co dały mi moje studia?

Dziś wpis refleksyjny, z lekkimi znamionami dystansu do siebie. Wkrótce stukną 4 lata odkąd przed swoim nazwiskiem mogę sobie wpisywać skrót "mgr". Korzystając z tej okazji pragnę podzielić się z Wami moimi refleksjami na temat ścieżki edukacyjnej którą wybrałam.


Jeśli jesteście ciekawi czy jestem zadowolona ze swoich wyborów, zapraszam do czytania ;)

W drugiej klasie liceum, zachwycona literaturą epoki romantyzmu, stwierdziłam że chcę zgłębiać swoją wiedzę z zakresu języka polskiego. Zdecydowałam, że poświęcę te 5 lat mojego życia dla tych kilku semestrów na których będziemy się skupiać na romantyzmie i pozytywizmie, czyli moich ulubionych epokach, bo literatura i życie XIX wieku zawsze wydawały mi się fascynujące. Zawsze lubiłam pisać, jednak bardziej czułam pociąg do literaturoznawstwa niż dziennikarstwa, a w konsekwencji moje życie potoczyło się tak, że od III roku studiów związałam się z różnymi redakcjami gazet i portalami internetowymi. I mogę powiedzieć, że to nie studia nauczyły mnie pisania, lecz sama o to zadbałam (a z roku na rok wciąż uświadamiam sobie, ile pracy jeszcze przede mną by było idealnie). Na studiach filologicznych nie zostałam przygotowana do zawodu dziennikarza czy krytyka literackiego (owszem, pisaliśmy dużo, ale nic ze współczesnych form wypowiedzi) ani do zawodu nauczyciela (w tym miejscu należy wspomnieć panią od pedagogiki, która na wykładach z tego przedmiotu bardzo dużo mówiła o konkurencji i gospodarce). Potrafię za to rekonstruować wyrazy na język prasłowiański, wiem dlaczego Czerwony Kapturek nie jest bajką dla dzieci, znam tytuł pracy magisterskiej Romana Dmowskiego (Przyczynek do morfologii wymoczków włoskowatych, gdyby ktoś czasem nie wiedział), jestem oczytana w wielu książkach ale nie błysnę tym w towarzystwie bo są to tytuły których poza polonistami, psycholami czy innymi zboczeńcami nikt inny nie czyta i - co najważniejsze - znam kilka tekstów po łacinie na pamięć, znam nawet jakieś rzeczowniki i czasowniki które potrafię deklinować i koniugować, ale z nikim się nie dogadam oraz - wisienka na torcie - znam język SCS!

Super, prawda? Na dodatek przez językoznawstwo pragmatyczne wciąż dostrzegam różnego rodzaju podteksty tam, gdzie inni ich nie widzą. (Dlatego jeśli wybierzecie się na filologię polską to dobrze Wam radzę - nie przykładajcie się zbytnio do tego przedmiotu). Czytałam też sporo Freuda i Bettelheima, a to do najzdrowszych działań podobno nie należy. Od wieczorków poetyckich i spotkań autorskich wolałam wypady na fajkę wodną i imprezy.



Swoją pracę magisterską napisałam w niecałe dwa tygodnie, a w jednym z jej rozdziałów rozważałam o książce która tak naprawdę nie istnieje i którą sobie wymyśliłam. W końcu studia uczą kombinowania, a ja potrzebowałam mieć trochę więcej stron w swojej magisterce.
Poznałam wielu fantastycznych ludzi i chociaż z wieloma osobami kontakt gdzieś tam się zatarł, to zawsze będę o nich ciepło myśleć.

Gdybym jednak ponownie dostała szansę zdecydowania o swojej ścieżce edukacyjnej to możliwe, że poszłabym na studia, ale tylko po to by wyjechać na Erasmusa (czego niestety nie zrobiłam) czy wymianę studencką w ramach programu MOST (czego - jak się zapewne domyślacie - również nie zrobiłam). Najpoważniej jednak pomyślałabym o jakichś specjalistycznych kursach i szkoleniach oraz szkole językowej. To na pewno bardziej przydałoby się w moim życiu i mojej pracy niż znajomość popularnych modlitw w języku SCS.

Mój drugi kierunek studiów - realizowany zaocznie - to była największa pomyłka mojego życia. Jedyne dobre, co spotkało mnie za te 1500 zł za semestr to możliwość napicia się co dwa tygodnie w Krakowie z fajnymi ludźmi. Stracony czas, stracone pieniądze - tak krótko mogę opisać czas spędzony na Wydziale Prawa i Administracji UJ. Nie studiujcie administracji, na nic Wam się nie przyda, bo za pół roku od kolokwium zmienią się ustawy. A pić drinki i jeść frytki możecie zawsze i wszędzie, bez konieczności płacenia za to 1500 zł za semestr.

15 komentarzy:

  1. Ja myślałam o filologii i chętnie bym na nią poszła tak po prostu, dla samej siebie. No ale pracy się po tym nie spodziewam. Zresztą, nawet moja polonistka mi to odradziła ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W przypadku polonistyki sprawa wygląda tak, że mamy niż a nauczycieli języka polskiego jest wielu i są to osoby raczej młode (w sensie: prędko na emeryturę nie odejdą). Dlatego później okazuje się, że z całego roku może 3-4 osoby pracują w zawodzie a reszta robi coś innego, bardzo często po dodatkowym przekwalifikowaniu się.

      Usuń
  2. A mnie tak się spodobała interpretacja Kapturka, że poświęciłam jej kiedyś wpis na blogu:

    https://czarownicakat.wordpress.com/2012/05/20/ciemna-strona-bajki-cz-1-czerwony-kapturek/

    Szczerze mówiąc, kiepsko wspominam zajęcia z dydaktyki języka polskiego- nie dały mi absolutnie żadnych podstaw do uczenia przedmiotu, szczególnie w szkole podstawowej. Myslę, że ogromne znaczenie ma osoba prowadząca zajęcia. Ku swojemu zaskoczeniu, najwięcej "dobra" wyniosłam z zajęć z pozytywizmu, genialnie prowadzonych przez profesora Ryszarda K:).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, pozytywizm, szczególnie z Ryszardem, był rewelacyjny! Podobała mi się też kultura i krytyka literacka, ale to dlatego, że poruszaliśmy tam literaturę po roku 1989 no i przedmiot ten prowadziły fajne osoby.

      Usuń
  3. Ja od 5 lat mogę pisać przed nazwiskiem skrót mgr ;/ Niestety studia, które skończyłam nie dały mi pracy, musiałam się przekwalifikować. Obecnie pracuję w drugim zawodzie, ale też dobrze nie ma. Żałuję, że wybrałam się na studia ;/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wielu moich znajomych właśnie tak ma - studiowali(śmy) coś, później coś innego bo polonistyka okazała się słabym argumentem podczas poszukiwania pracy, a czas pokazał że najlepiej wyszły te osoby, które nie poszły od razu na studia tylko najpierw do pracy a później coś sobie studiowały by dzięki temu awansować.

      Usuń
  4. Koleżanka również studiowała administrację - nic dobrego jej to nie dało.

    Obserwuję i zapraszam na rozdanie do mnie! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak jak wspomniałam - człowiek poznaje jakieś ustawy, przepisy a później to wszystko się zmienia. Studiowanie administracji ma chyba sens w przypadku osób, które już pracują w urzędach a po uzyskaniu papierka dalej siedzą w tych ustawach (chociażby z racji zawodu) i są na bieżąco.

      Usuń
  5. Z ciekawości: czemu CZerwony Kapturek to nie bajka dla dzieci? Słyszałam juz o tymt i owo, ale nie wiem, na ile to prawda, a na ile bujda :)
    Osobiście romantyzm i pozytywizm nigdy mnie nie kręcił, więc na filologię nie pójde na pewno, ale i tak boję się, czy dobrze wybiorę kierunek :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Krótko mówiąc: kolor czerwony nasuwa skojarzenia erotyczne a sama bajka to tak naprawdę przygotowanie do inicjacji seksualnej ponieważ wilk to symbol czarującego i kuszącego przystojniaka który ma okazać się tym który zrani, a leśniczy symbolizuje mężczyznę który potrafi zapewnić kobiecie bezpieczeństwo. Nie bez znaczenia jest też to, że w bajce nie ma mowy o ojcu dziewczynki. Ale to tak naprawdę w wielkim skrócie ;)

      Usuń
  6. Praca mgr Dmowskiego? Brzmi jak filologia na UŚu i zajęcia z prof. Z.W. ;-)

    OdpowiedzUsuń
  7. Lubię literaturoznawstwo, ale na drugim roku licencjatu zdecydowałam się na językoznawstwo. Jedyne czego mogę żałować to to, że nie wybrałam specjalności nauczycielskiej, bo zawsze gdzieś ten papierek by się przydał, ale tak jak mówisz, studia uczą kombinowania, więc czas pokaże jak przydadzą się pozostałe rzeczy. No i nie da się zaprzeczyć, że filologia to niezapomniana przygoda intelektualna :) Pozdrowienia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja zdecydowanie bardziej w kierunku literaturoznawstwa niż językoznawstwa. I bardzo tęsknię za czasami studiów.

      Usuń
  8. Ja też jestem bardzo zadowolona ze swojego kierunku - ekonomia we Wrocławiu. Bardzo ciekawe, praktyczne zajęcia i fajny kontakt z wykładowcami. Obecnie przeprowadziłam się do stolicy. Dostalam świetną propozycję pracy i chciałam trochę poszerzyć swoja wiedzę. Wybrałam się na szkolenia dla firm. Warszawa pewnie tak jak inne duże miasta ma ich duzo w swojej ofercie. Spoko opcja tak samo jak podyplomówki dla osób, którym studia nie do konca przypadły do gustu. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń