10 marca 2015

Keep Calm And Love Yourself

Wracam tu po krótkiej nieobecności, uświadamiając sobie przy tym, że gdyby nie to, że w końcu miałam dziś wolne popołudnie, to pewnie jeszcze przez jakiś czas byłabym nieaktywna. Wygląda to wszystko tak, że w torebce noszę dwa terminarze i notes a do tego co chwilę dokładam kolejne przypomnienie w telefonie, moje biurko w pracy tonie w kilku zeszytach i różnych papierach (związanych zarówno z gazetą, jak i innymi działalnościami firmy, bo w końcu robię za redaktora, sekretariat, biuro reklam i ogłoszeń i co tam jeszcze się po drodze trafi - o czym zresztą pisałam w poście o organizacji), a o tej porze o której zwykle normalni ludzie idą spać, ja zastanawiam się co tego wieczoru (a raczej nocy) jest ważniejsze - umyć włosy czy zmyć odpryśnięty lakier z paznokcia. Jak dopuszczenie do takiego stanu ma się do zdrowego egoizmu o którym kiedyś pisałam? Nijak. Ale jakoś to sobie wszystko układam.






Mój tata zawsze powtarzał mi, że "lepiej być dobrym fachowcem niż ch***ym inżynierem" oraz że "człowiek który zna się na wszystkim tak naprawdę na niczym dobrze się nie zna i jest po prostu do niczego". Na pewno znajdą się osoby chętne do polemiki z tymi hasłami i na dodatek posiadające mocne argumenty na potwierdzenie swoich tez. Być może i mi się coś odmieni za dzień, miesiąc, pięć lat, albo.... wcale. Dziś przyznaję tym stwierdzeniom rację. Przez długi czas brałam na siebie więcej niż powinnam, nie mając z tego praktycznie nic. Tyczy się to zarówno dobrowolnego przemieszania części pracy z moim życiem prywatnym, jak i stricte prywatnego życia.


Zaobserwowałam to u siebie i obserwuję u innych. Czas zawodowy i prywatny lubi się przeplatać i to na nasze własne życzenie. W moim życiu, odkąd pamiętam, było obecne pisanie. Bez problemu łączyłam studia dzienne ze współpracą z różnymi tytułami oraz mając jakieś tam swoje życie towarzyskie. Później była przerwa na urząd. Później zupełnie inna sprawa, a niecały rok temu pisanie powróciło, znów w znaczeniu bardziej zawodowym. Z przyzwyczajeń studenckich (zadziwiające, że tak długo się u mnie utrzymywały) chętnie i dobrowolnie brałam część pracy redakcyjnej do domu i nagle zauważyłam, że w swoim prywatnym czasie... nie mam już na nią czasu. To chyba dobry znak i postęp w prowadzeniu życia zgodnie z zasadami zdrowego egoizmu. Coraz bardziej denerwują (chociaż to może za mocne słowo) mnie też niektórzy klienci, ale o tym innym razem w notce z przymrużeniem oka.

Więcej niż powinnam brałam też w relacjach prywatnych, ale od pewnego czasu staram się stopniowo ograniczać te znajomości, które już mi nic nie dają, działając przy tym na mnie destrukcyjnie. Spowodowane jest to zmianami w postępowaniu pewnych osób, które chyba wciąż odczuwają jakieś frustracje z dzieciństwa i widują się ze mną jedynie po to, by owe frustracje wyładować a braki w życiu i osobowości zatuszować przechwalaniem się czym popadnie i pokazywaniem, że cały świat jest od nich gorszy pod każdym względem. Nie mam dla nich czasu. Mam innych znajomych, niektórych dłużej, niektórych krócej. Normalnych, których obecność sporo mi daje. Na tyle wysoko się cenię, że na destrukcyjne zachowania innych osób nie mogę sobie pozwolić. Zresztą... kto z nas lubi być zamęczany przez złośliwe towarzystwo?
 

A teraz - zanim się rozmyślę lub kolejny raz zmienię coś w tym tekście - klikam "Opublikuj" i udostępniam link na Facebooku, gdzie serdecznie Was zapraszam: klik!

4 komentarze:

  1. Hasło bardzo mi się podoba :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mi też ;) Mam notes z takim hasłem na okładce ;) Widoczny na zdjęciu w tym poście ;)

      Usuń
  2. Jeśli chodzi o znajomości, które mają na mnie destrukcyjny wpływ to ograniczam a nawet kończę je od razu bo jestem zdania, że nie ma miejsca w moim życiu na takie osoby bo i po co? Lepiej otaczać się ludźmi, którzy mnie inspirują a także wiem, że mogę na nich liczyć ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację i ja tego też zamierzam się trzymać ;)

      Usuń