24 stycznia 2015

Be the best and fuck the rest

Od najmłodszych lat byłam karmiona wielkim kłamstwem. Być może słowa te miały mnie uchronić przed popadnięciem w jakąś manię wyższości, a może po prostu jak najdłużej utrzymywać mnie w przekonaniu, że bajki o Kopciuszku i Śpiącej Królewnie to nie pożywka dla dziecięcej psychiki skłonnej do fantazjowania, marzeń i wiary, że to co najpiękniejsze w końcu nam się przytrafia. Nie pamiętam ile lat miałam gdy usłyszałam to po raz pierwszy, pamiętam natomiast że powtarzano mi to odkąd tylko potrafiłam się komunikować. Nie wątpię, że intencje pouczania mnie tymi słowami były dobre, cieszę się jednak, że zdanie to - choć chyba najczęściej mi powtarzane - nie ukształtowało mojego światopoglądu. I wiem na pewno, że ja czegoś takiego do moich dzieci nigdy w życiu nie powiem. Czy komukolwiek z Was, podobnie jak mi, wmawiano, że życie podporządkowane jest zasadzie "Siedź w kątku a znajdą Cię" ?


Co myślicie o tym z perspektywy lat? Bo ja czuję się oszukana. Być może dla mojego dobra, co nie zmienia faktu, że kłamstwo powtarzane w dobrej wierze wciąż jest kłamstwem.

Wszechobecna dobra rada by siedzieć w kącie, bo wtedy mnie znajdą i  fabuła bajek, w których najskromniejszą osobę nagle spotyka najwięcej dobra przez pierwsze lata mojego życia były dla mnie czymś w rodzaju pewnika, podstawowej prawdy rządzącej światem. Mam tu oczywiście na myśli okres, odkąd potrafiłam się komunikować w sposób werbalny, zakładam że przez pierwsze miesiące mojego życia nikt nie wykorzystywał faktu, że nie potrafię mówić i nie wciskał mi żadnych głupot (w każdym razie ja niczego takiego nie pamiętam. I Bogu dzięki).

Następnym okresem, który powinien jakoś wpłynąć na rozwój mojego światopoglądu był etap zapoznawania mnie z religią. Czy to poprzez zaprowadzanie mnie do Kościoła, poprzez lekcje religii, przygotowania do Pierwszej Komunii Świętej, a nawet do Bierzmowania a także lekcje języka polskiego, na których analizowaliśmy fragmenty Biblii. Jednym z fundamentów naszej wiary jest przyjmowanie z pokorą tego, co otrzymujemy. Natomiast moja prababcia zawsze powtarzała, że jeśli Pan Bóg kogoś kocha, to mu daje krzyżyki (takie delikatniejsze określenie cierpienia czy wszelkich niepowodzeń). Szczerze? Uważam, że jeśli krzyżyk to dowód miłości, to chyba lepiej nie być kochanym. Miłość kojarzy mi się z czymś pozytywnym, a nie z rzucaniem kłód pod nogi. Chciałabym tu zaznaczyć, że naprawdę jestem osobą wierzącą, tylko że - na moje szczęście - potrafię odróżnić słowo boże od pasożytującego na nim przemysłu mszalnego oraz nadinterpretacji, które mają na celu wzbudzić nasz strach i na swój sposób sterować naszym myśleniem. Osoby, które posuwają się do takich zachowań powinny się wstydzić. A osoby, które robią tak bo w to wierzą - albo dla własnego dobra jak najszybciej się obudzić, albo pewne nadinterpretacje stosować tylko i wyłącznie w swoim własnym życiu. Na jednym z blogów przeczytałam jakiś czas temu, że słowa "Bóg tak chciał" można sobie wyryć na nagrobku, a nie podporządkowywać im całego swojego życia. Jak najbardziej podpisuję się pod tym stwierdzeniem. Jeśli jesteś osobą wierzącą to doskonale wiesz, że Bóg dał Ci wolną wolę, więc jeśli coś Ci w życiu nie wyjdzie to po prostu szczerze sobie powiedz co zrobiłeś nie tak, zamiast zasłaniać się wolą bożą.

Późniejsze lata mojego życia, w miarę przybywania rozczarowań pewnymi ludźmi, zawodów miłosnych, lepszych i gorszych czasów zawodowych, przekonywania się na kogo naprawdę mogę liczyć a także kolejnego uświadamiania sobie, że "gdybym postąpiła inaczej to...." uświadomiły mi, że jeśli będziemy siedzieć w kątku, to.... tylko zwolnimy innym miejsce na kanapie. I jedyną osobą jaka nas w tym kącie znajdzie będzie ciapa równa nam - która też dobrowolnie udała się do kąta, by ktoś inny mógł usiąść na fotelu, popijać szampana i mieć talerz z przekąskami na wyciągnięcie ręki. Problem jednak w tym, że gdy sami wybierzemy ten kąt, to jednak bardziej pociągające będzie nam się wydawać towarzystwo kanapowe niż ktoś rezygnujący z szansy z nadzieją, że ta szansa będzie go gonić.

W końcu przyjdzie moment, gdy Twoim życiem przestanie sterować wiara w Mikołaja czy Kopciuszka, lecz większą rolę będzie odgrywać chociażby takie zdanie:

"Przeznaczenie zazwyczaj czeka tuż za rogiem. Jakby było kieszonkowcem, dziwką albo sprzedawcą losów na loterie; to jego najczęstsze wcielenia. Do drzwi naszego domu nigdy nie zapuka. Trzeba za nim ruszyć".

To jedno ze zdań, które chętnie wyryłabym sobie na bransoletce. Ale po pierwsze jest za długie, by po wyryciu było czytelne, po drugie - nie mam tylu bransoletek co motywujących mnie zdań. Tatuaże też odpadają. W każdym razie - które słowa są bliższe prawdzie? Te o siedzeniu w kącie, czy zacytowany fragment jednej z książek Zafona?

Swoją drogą - całe szczęście, że w wieku 19 lat poznałam twórczość Zafona, który stał się moim ulubionym pisarzem. Facet uratował mi życie dementując kłamstwa powtarzane najczęściej przez rodzinę, szkołę i Kościół.

Ku niezadowoleniu wielu, a ostatecznie na moje szczęście, mam trudny charakter. Jestem indywidualistką chodzącą swoją drogą. Wściekam się, gdy ktoś mnie z kimś porównuje. Cieszę się, że nie mam kontaktu z tymi znajomymi ze szkoły, z którymi byłam porównywana (czy to pod względem ocen, czy zachowania) bo... nie lubię ich. Bo gdyby ich nie było, ja miałabym przez te wszystkie lata szkolne spokój. Dla mnie już w liceum liczyłam się tylko ja - to, że JA zostałam pochwalona na języku polskim za czytanie lektur, to że JA zdobyłam wyróżnienie w konkursie literackim, to że JA wraz z grupą z kółka teatralnego miałam osiągnięcia w przeglądach międzyszkolnych. I za przeproszeniem w dupie miałam to, że Ola dostała piątkę z fizyki, podczas gdy ja walczyłam o tróję, a także to, że Kuba ładnie prowadził zeszyt do biologii, podczas gdy ja malowałam kwiatki i serca na ostatniej stronie. Akurat Oli - podobnie jak mi - fizyka nie przydała się już na studiach, więc cieszę się że nie traciłam czasu na zgadywanki jak będzie spadać choinka wyrzucona pionowo z piętnastego piętra (ale jeśli kiedyś mnie to zainteresuje - sprawdzę to), a jeśli chodzi o Kubę... suma sumarum i tak miałam wyższą średnią ocen od niego (ale mam to gdzieś). Bill Gates powiedział kiedyś, że jeśli porównujesz się z kimkolwiek, to tak naprawdę obrażasz samego siebie. Ja znowu od wielu lat powtarzam coś podobnego - że moje wybory nie są ani lepsze ani gorsze od cudzych wyborów. One są po prostu inne. Ale najważniejsze jest dla mnie to, że one są moje.

W życiu kieruję się zasadą, że każdy z nas jest egoistą, tylko nie każdy ma odwagę się do tego przyznać. Jeśli twierdzisz, że gadam głupoty to na obalenie mojego stwierdzenia a potwierdzenia swojej racji już dziś podpisz deklarację dawcy i idź się zabić. Albo poczekaj do wiosny - patrząc za okno widzę, że wraca zima, podobno ciężko grób kopać w takiej ziemi. A przecież Ty myślisz o innych, więc ułatw sprawę grabarzowi. Nie zrozumcie mnie źle - nikogo nie namawiam do egoizmu polegającego na dążeniu po trupach do celu ani krzywdzenia innych dla osiągnięcia własnych przyjemności. W moim rozumieniu egoizm to szacunek do siebie i własnego życia, dążenie do tego, by nasze życie wyglądało jak najlepiej a to co robimy dawało nam szczęście i satysfakcję. Oczywiście - zdarza się tak, że na pewne rzeczy nie mamy wpływu. Ale nie traktujmy tego jako wymówki dla naszej bierności. Sama nie jestem ideałem - wprawdzie nie należę do zakompleksionych kobiet, ale widzę się w lustrze i wiem co chciałabym w sobie zmienić i dążę do tego, zamiast marudzić. Jestem również świadoma pewnych zaopuszczeń edukacyjnych (często wynikających z mojej ignorancji czy skupienia swojej uwagi na czymś innym) i staram się albo nadrabiać je w takim zakresie w jakim dana wiedza jest mi potrzebna w życiu lub skupiam się na tym co potrafię zrobić lepiej. Ale mam pewną cechę, którą uważam za swoją zaletę, podczas gdy w oczach wielu może to być wadą - starając się coś w sobie zmienić skupiam się na tym, czego ja chcę i nie porównuję się z innymi. Szanuję osiągnięcia innych mając je jednocześnie w głębokim poważaniu, jeśli nie dotyczą one bezpośrednio mnie. No bo sorry - czy ktoś jest mi w stanie sensownie odpowiedzieć na pytanie jak na jakość mojego życia wpływa to, że jakiś tam znajomy z czasów gimnazjum ma swoją firmę i zakłada centralne ogrzewanie? Jeśli tego chciał - cieszę się i szanuję to co robi. Ale na litość boską - niech nikt mi nie wmawia, że on jest lepszy ode mnie bo ma swoją firmę, ani też niech nikomu nie przyjdzie do głowy że może być gorszy ode mnie bo nie skończył studiów. Nie starajmy się być lepsi od innych, nie rywalizujmy z innymi.... a w życiu ścigajmy się tylko i wyłącznie z jedną osobą - z samym sobą. I nie siedźmy w kącie wierząc, że ktoś nas wtedy znajdzie. Nikt nas nie znajdzie, zamiast nas szukać ten ktoś będzie siedział w swoim pokoju i poświęcał swój czas tym, którzy mieli odwagę wejść oknem podczas gdy przez drzwi zostali wyrzuceni. Naszej bierności nie zasłaniajmy tym, że "los tak chciał mimo, że nie zasłużyliśmy". Pamiętasz jak w szkole uczyliśmy się sześciu prawd wiary? Pamiętasz "Bóg jest sędzią sprawiedliwym, który za dobro wynagradza a za zło karze"? To teraz muszę Cię uświadomić - napiszę to drukowanymi literami, żeby łatwiej Ci było zapamiętać: NIE SPOTYKA CIĘ TO NA CO ZASŁUGUJESZ LUB NIE. SPOTYKA CIĘ TO CO CIĘ SPOTYKA. Ale dodam jeszcze, że wszystko spotyka Cię po to, żebyś coś z tym zrobił, a nie jedynie przyjmował do świadomości bieg wydarzeń. Trzymaj się przekonania, że masz być lepszą wersją SIEBIE. A resztę... hmmm.... rzuć jeszcze raz okiem na tytuł tego wpisu ;)

5 komentarzy:

  1. A tak, to bardzo przykre, kiedy najbardziej skromna, zawsze miła, cichutka osoba w konsekwencji jest tą najczęściej pomijaną, zapominaną i olewaną na rzecz głośniejszych znajomych. Zgadzam się w pełni z wpisem. Każdy z nas jest egoistą, ale hej - egoizm do normalna rzecz. Zdrowe jest dbanie głównie o samego siebie, niezdrowe jest, kiedy tą stuprocentową troskę przenosimy na kogoś innego lub kiedy bardziej martwi nas zdanie innych ludzi niż nasze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, tak... mówiąc o egoizmie mam właśnie na myśli ten zdrowy egoizm ;)

      Usuń
  2. Dziewczynki często słyszą właśnie takie bajki jak piszesz, zaś chłopcy - zupełnie inne, które maja kształtować w nich hardy i mocny charakter. Przebojowość, przedsiębiorczość i wiarę w siebie. Trochę się to zmienia na szczęście, ale role społeczne, w jakie wchodzi kobieta i jak w nich funkcjonuje niejednokrotnie zdeterminowane są właśnie takimi wymaganiami w stylu : grzeczna, cichutka, czekająca na swoją kolej w pokorze itd itp. Jeśli będę miała kiedyś córkę to będę jej czytać inne bajki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Całe szczęście, że te podziały społeczne powolutku się zmieniają ;)

      Usuń
  3. Jejku, mi nigdy nikt nie powiedział, że mam siedzieć w kącie. Trzeba być kulturalnym, w szkole siedziałam cicho na lekcjach, ale nie uważałam tego za siedzenie w kącie, tylko raczej za nieprzeszkadzanie nauczycielowi. Jeśli trzeba było czy coś umiałam nigdy nie miałam problemu o tym mówić. W domu też mi nikt nie powtarzał, że mam mieć księcia z bajki, który sam do mnie przyjdzie. Jeśli mi się ktoś podoba, to sama zaczynam rozmowę, ale w każdym kłamstwie jest ziarenko prawdy i trochę trzeba być czasem księżniczką, żeby ten książę, któremu pokazywano od małego, że ma być maczo, mógł się wykazać.
    Cierpienie jest w życiu po to, aby pokonywać własne słabości, aby doceniać szczęście. Ono wzmacnia. Jeśli ktoś wierzy (ale tak prawdziwie, bo często ktoś kto biega do kościoła co niedziela jest mniejszej wiary niż ta osoba, która modli się w domu), jest blisko Boga często radzi sobie z cierpieniem lepiej. Dużo prawdy piszesz, tylko często ludzie uważają, że ktoś kto lubi siebie nie jest w stanie kochać kogoś innego, bo tak często jest i to są egoiści. Osoba, która lubi siebie, akceptuje swoje wady w wyglądzie, w zachowaniu. Skupia się na doskonaleniu siebie, a nie musi swoich słabości maskować, np. wyśmiewaniem innych.

    Oj rozpisałam się :D

    womans-point-of-view.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń